SPONSORZY/PARTNERZY:

Rafał Polaczyk, trener Klaudii Zwolińskiej, PAP/Marian Zubrzycki

Rafał Polaczyk, trener Klaudii Zwolińskiej, PAP/Marian Zubrzycki

Trener medalistów: ”Podczas wyścigu nic już nie zależy ode mnie"

Ma zaledwie 34 lata, a w swoim trenerskim dorobku już srebrny medal olimpijski, dwa złote i trzy brązowe medale mistrzostw świata, do tego między innymi mistrzostwo Europy. Na dodatek zawodniczka Rafała Polaczyka wygrała plebiscyt na najlepszego sportowca Polski.

Teraz Rafał Polaczyk, pierwszy trener kajakarki górskiej Klaudii Zwolińskiej, został za swoją pracę nominowany w plebiscycie Wirtualnej Polski pod nazwą "Herosi".

Dlaczego polska gwiazda nie jest zawodniczką łatwą do prowadzenia? Jak komentuje głosy krytykujące jej zwycięstwo w plebiscycie "Przeglądu Sportowego"? Czego nigdy nie może okazywać swoim podopiecznym i jak praca wpływa na jego rodzinę?

Tomasz Skrzypczyński, WP SportoweFakty: Jest pan spokojną osobą?

Rafał Polaczyk, trener kajakarstwa: Na pewno wyciszoną, co w wielu sytuacjach pomaga.

Pytam, bo słyszałem, że praca z Klaudią Zwolińską może wymagać cierpliwości.

Klaudia jest osobą trudną i wymagającą. Pamiętajmy jednak, że im wyższy poziom zawodnika, tym zmienia się nastawienie. Im jest bardziej utytułowany, tym ma większe oczekiwania, także wobec trenera. Jej ambicje są wielkie, ale moje też.

Często musi pan odpowiadać na jej pytania dotyczące treningu? W stylu: dlaczego tak, a nie inaczej?

Tak, Klaudia regularnie dopytuje o szczegóły, lubi mieć wszystko pokazane czarno na białym, ale na tym najwyższym poziomie to naturalne, że zawodnik jest zaangażowany, zainteresowany wszystkim, co jego dotyczy. To dobrze o nim świadczy.

Zdarzają się polemiki, co z perspektywy trenera może być uciążliwe, ale to wszystko prowadzi do dobrego. Najważniejsze, żeby obie strony szły na kompromis, lub przynajmniej stwarzać takie pozory!

Jest pan osobistym trenerem Klaudii Zwolińskiej od 2022 roku, miał pan wtedy zaledwie 30 lat. Musiał pan przekonywać zawodników, że mimo młodego wieku zna się na swojej robocie?

Znaliśmy się, w kadrze wiedzieli, że jestem przygotowany i wiem, o czym mówię. Nie znali mnie może jako trenera, to było coś nowego. Wskoczyłem też na głęboką wodę, bo debiutem w tej roli były mistrzostwa świata. Od razu jednak zapowiedziałem, że zgadzam się na współpracę, ale pod warunkiem, że będę takim trenerem, jakiego sam chciałbym mieć. Dlatego w pracy wykraczam poza swoje zobowiązania.

Co ma pan na myśli?

Nie ukrywajmy - każdy trener wykonuje więcej, niż ma zapisane w kontrakcie. Każdy, kto chce mieć wyniki, musi to robić. Trzeba wykładać więcej kart na stół, niż ma się w ręku.

Nakład pracy jest spory, pracuję nie tylko z Klaudią, ale też z Kubą Brzezińskim i moim bratem Mateuszem. To, że spędzamy ze sobą blisko 200 dni w roku na zgrupowaniach, to nie wszystko. Pracuję też na własną rękę w Krakowie.

Powiedział pan kiedyś, że w pracy z seniorami nie jest łatwo, bo, cytuję, "z nimi nie pracuje się tak jak z dziećmi, które są wpatrzone w ciebie jak gekon w muchę i robią od razu to, co trzeba". Barwnie.

Wiedza i przekonanie do swoich argumentów to podstawa, zwłaszcza w pracy z seniorami. Przecież każdy z nich miał wcześniej innych trenerów, a oni swoje metody, każdy nowy szkoleniowiec się z tym mierzy. Na początku zawsze jest to pewna licytacja na argumenty.

A po kilku latach można nauczyć się opanowywać stres, zwłaszcza w trakcie wyścigów, gdy stoi się na brzegu?

Nie, to się nie zmienia. Im większe ambicje, tym stres jest większy. Na dodatek podczas wyścigu nic już nie zależy ode mnie. A przecież jeśli coś nie wyjdzie, zawodnik może mieć pretensje do mnie. A decyzje trenera muszą być trafne, nie w 99, ale w 100 procentach. I musi to okazywać, nie mieć żadnych wątpliwości.

Znam trenerów, którzy gorzej znoszą stres i to potem przenosi się na zawodników. A on musi brać słowo trenera za pewnik. I nawet jeśli ja mam pewne wątpliwości, to nigdy nie mogę tego pokazać.

A te wątpliwości nadal się pojawiają?

Oczywiście. Trener, który powie, że ich nie ma, po prostu kłamie.

Nie jest tajemnicą, że lubi pan wprowadzać pewne nowinki techniczne w kajakach stosowanych przez swoich zawodników. Skąd taka umiejętność?

Śmieję się, że jest to trochę odziedziczone, bo mój tata produkuje kajaki, fach w ręku więc mam i mogę to wykorzystywać. Sam trochę bawię się w wytwórstwo własnych wioseł, choć brakuje czasu.

Powie pan coś więcej o tych innowacjach?

Zawsze powtarzam, że nie jest to tak zaawansowane, jak się może wydawać, nie jest to Formuła 1. W przypadku Klaudii, w konkurencji C1, stworzyłem pewien patent, żeby miała możliwość przesuwania się w jednej płaszczyźnie, co dawało nam większe szanse na popracowanie nad jej pozycją. Parę innych treningowych modernizacji też wprowadziliśmy. Dalszych pomysłów też mi nie brakuje, ale czasami brakuje czasu.

Właśnie, blisko 200 dni w roku poza domem, a w domu żona i dwójka dzieci. Jak to ogarnąć?

Ja powiem, że ogarniam, ale żona, że nie! Wszystko zależy od punktu siedzenia. Na pewno nie jest łatwo, bo jestem poza domem przez większą część roku, przez co tracę czas dla rodziny, którego nie odzyskam.

A sukcesy sportowe mogą, choć w małym stopniu, wynagrodzić rozłąkę z najbliższymi?

Radość i satysfakcja może być wielka, ale to nigdy w pełni nie wynagrodzi mi tego, co tracę. I tego, czego traci moja rodzina. Syn ma 10 lat, córka jeszcze nie skończyła roku, wiem, że mnie potrzebują na miejscu więcej.

A stawia pan sobie jakiś punkt graniczny takiego stylu życia?

Staram stawiać sobie cele krótkoterminowe, jak mistrzostwa świata czy kwalifikacje do kolejnych igrzysk. Nie mam jeszcze w głowie granicy, po której będę chciał coś zmienić.

Obraża się pan na stwierdzenie, że pracuje w niszowym sporcie?

Śmieję się, że w naszym sporcie kibicami są przede wszystkim sami sportowcy i rodzina. Nasza dyscyplina bazuje na funduszach z ministerstwa, w sportach, które nie są od tego zależne, kwoty na pewno są inne. Ale nie patrzę na nich z zazdrością i żalem.

Więcej, często mówi się, że przedstawiciele innych sportów czują zazdrość do piłkarzy. A ja uważam, że oni powinni być dla nas wzorem. Potrzeba przecież ogromnej determinacji, by w tak popularnym sporcie przebić się na sam szczyt.

Pytam o niszowość dyscypliny, bo takie argumenty pojawiały się przy okazji ostatniej edycji plebiscytu "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski, który wygrała właśnie Klaudia Zwolińska. Jak pan reaguje na argumenty, że kajakarka górska nie może wygrać z przedstawicielami tenisa czy piłki nożnej?

Nie ukrywajmy - nazwa plebiscytu może się zmieniła, ale mentalność została ta sama, chodzi przede wszystkim o popularność. Wielu z tych, którzy zabierają w tym temacie głos, po prostu się nie zna. Ci, którzy mówili, że przedstawicielka niszowego sportu nie może wygrać plebiscytu, nawet dokładnie nie wiedzieli, czego Klaudia dokonała. A w plebiscycie nikt nie był w stanie jej doścignąć, w głosowaniu okazała się przecież zdecydowanie najlepsza.

Jej zwycięstwo sprawiło też, że Klaudia miała więcej medialnych obowiązków, co nie zawsze musi dobrze współgrać z jej przygotowaniami. Ciężko było to pogodzić?

Nie, w miesiącach zimowych Klaudia właśnie ma na to czas i mogła go wykorzystać. Wprawdzie teraz, pomiędzy zgrupowaniami, także ma swoje zobowiązania, ale to są kupony, które teraz musi odcinać - dla siebie i naszego kajakarstwa. To jest jej pięć minut i wie, że musi to wykorzystać. Zresztą, my wszystko planujemy do przodu, jej aktywność w mediach nie koliduje z treningami.

W kwietniu ogłoszono, że pana zawodniczka zmienia klub - zamienia KS Start Nowy Sącz na UKS KKK Kraków. Komentarz?

To była całkowicie jej decyzja, ja się w to nie angażowałem. No dobrze, było małe zapytanie do mnie, ale więcej rozmów Klaudia przeprowadziła ze swoją menedżerką. Zmiana klubu nie sprawi, że warunki naszej pracy się zmienią, i tak wiele czasu spędzaliśmy w Krakowie. A miasto ma wobec niej poważne plany, klub planuje ją wspierać.

Myślę, że dla Krakowa Klaudia też może być dużą dźwignią, która pomoże choćby w modernizacji toru, do tej pory wiele drzwi było pozamykanych.

Na koniec - miejsc do trenowania kajakarstwa górskiego, zwłaszcza w okolicach Krakowa, nie brakuje. Jak to jednak wygląda w skali kraju? Wiele jeszcze można poprawić?

Zawsze by się chciało więcej. Jeśli spojrzymy na mistrzostwa Polski, to większość zawodników jest właśnie z Małopolski, tutaj są wciąż najlepsze warunki, ale chciałoby się to rozszerzyć na cały kraj. I to nie może być tzw. samosiejka, że zrobimy tor w Poznaniu i koniec, bo kto się tam przeniesie? Musi powstać zaplecze, potrzebny jest tutaj większy projekt w skali całego kraju.

rozmawiał: Tomasz Skrzypczyński, WP SportoweFakty