Na zdjęciu: Zbigniew Bródka i Mieczysław Szymajda
Mieczysław Szymajda. Ojciec mistrzów z Domaniewic
W historii polskiego sportu rzadko zdarzają się osoby tak bezinteresowne i oddane swojej misji jak Mieczysław Szymajda. Od 55 lat nierozerwalnie związany z niewielką miejscowością Domaniewice pod Łowiczem, stał się żywym symbolem tego, że wielkość nie potrzebuje marmurów, lecz serca i pasji.
Mający dziś 70 lat nauczyciel i trener, całe swoje życie prywatne poświęcił sportowi i wychowaniu młodzieży. Nie założył własnej rodziny, nie szukał zaszczytów ani wielkich pieniędzy. Zamiast tego, każdą wolną chwilę inwestował w dzieciaki z podstawówki, stając się dla nich nie tylko trenerem, ale prawdziwym mentorem i opiekunem. To postać, która udowodniła całemu krajowi, że z małej, wiejskiej szkoły można wyprowadzić sportowców na najwyższe stopnie olimpijskich podiów.
Najbardziej wspominanym obrazem z życia Mieczysława Szymajdy są mroźne, zimowe noce, kiedy to z wężem strażackim w rękach, godzina po godzinie, wylewał wodę na boisko przy szkole. Robił to po to, by rano dzieci mogły wejść na… lód. Tak powstawało największe i jedyne darmowe lodowisko w powiecie łowickim, na którym swoje pierwsze kroki stawiał słynny polski panczenista Zbigniew Bródka. To właśnie na tym "wylanym nocami" lodzie Szymajda dostrzegł talent przyszłego mistrza olimpijskiego z Soczi.
Trener potrafił zaszczepić w młodych ludziach taką pasję, że nie straszny był im mróz ani brak profesjonalnej hali. Historia Bródki, który ze szkolnego lodowiska dotarł z Domaniewic do Soczi, gdzie zdobył złoty medal na dystansie 1500 metrów, to przede wszystkim pomnik uporu i wizji Szymajdy, który wierzył w niemożliwe.
W okolicy mówią o nim, że to "człowiek orkiestra", którego horyzonty wykraczały daleko poza łyżwiarstwo. Gdy kończyła się zima, lodowisko zamieniało się w arenę lekkoatletyczną, a on sam z taką samą pasją uczył rzutów i biegów. Cyprian Mrzygłód, wybitny oszczepnik i rekordzista Polski, swoje pierwsze rzuty oddawał na łące zaadaptowanej przez trenera na rzutnię. Szymajda potrafił wykorzystać każdy kawałek ziemi, by stworzyć warunki do treningu.
To dzięki jego wszechstronności wiejska szkoła podstawowa w Domaniewicach byłą postrachem wielkich, miejskich szkół sportowych. Wspomnienia zawodników z innych klubów są zgodne: kiedy na zawodach pojawiała się ekipa Szymajdy, wiadomo było, że walka o medale będzie niezwykle zacięta.
Działalność Mieczysława Szymajdy w ramach Uczniowskiego Klubu Sportowego "Błyskawica" to fenomen społeczny. Trener dbał o to, by sport był dostępny dla każdego – wstęp na lodowisko zawsze był darmowy, a on sam często z własnej kieszeni opłacał przejazdy na zawody czy kupował podstawowy sprzęt. Był jednocześnie kierowcą, serwisantem, psychologiem i organizatorem. Jego domem stała się szkoła i klub, a rodziną – setki wychowanków, których uczył nie tylko jak wygrywać na bieżni czy lodzie, ale przede wszystkim jak być przyzwoitym człowiekiem.
Mimo upływu lat Szymajda nie zwolnił tempa. Nadal można go spotkać na stadionie lub szkolnym boisku. Choć został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, pozostał niezwykle skromnym człowiekiem, który unika kamer i blasku fleszy. Największą nagrodą są dla niego powroty wychowanków, którzy po latach odwiedzają go w Domaniewicach, dziękując za to, że dzięki niemu uwierzyli w siebie. To trener, który pokazał, że sukces nie zależy od nowoczesnych laboratoriów sportowych, ale od pracy u podstaw, wiary w drugiego człowieka i gotowości do największych poświęceń.