JEDDAH, SAUDI ARABIA - AUGUST 10: Michal Szubarczyk of Poland chalks the cue in the third round match against Stuart Bingham of England on day 3 of the Saudi Arabia Masters 2025 at Green Halls on August 10, 2025 in Jeddah, Saudi Arabia. (Photo by Tai Chengzhe/VCG via Getty Images)
15-latek z Polski podbija świat. "Często słyszymy, że powinien siedzieć w szkole"
Michał Szubarczyk niedawno dotarł do trzeciej rundy kwalifikacji do mistrzostw świata, za co zarobił 10 tysięcy dolarów. Snookerowi podporządkowywane jest życie nie tylko jego, ale całej rodziny. Ojciec został trenerem, a mama... sędzią.
Niedawno Michał Szubarczyk został najmłodszym snookerzystą w historii, który może pochwalić się wygranym meczem mistrzostw świata. 15-latek już od dwóch lat mocno miesza w światowej czołówce, a trwający właśnie sezon może być przełomowy dla jego kariery. Młody zawodnik staje się zmorą utytułowanych snookerzystów, którzy panicznie boją się przegrać z... dzieckiem. Chłopiec jest też nominowany w naszym Plebiscycie Herosi w kategorii Talen.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Pana 15-letni syn, zamiast siedzieć z rówieśnikami w szkole, od kilku lat dobija się do ścisłej czołówki światowego snookera. Czy często słyszy pan oskarżenia, że zabrał mu dzieciństwo?
Kamil Szubarczyk, tata Michała: Regularnie mierzę się z takimi stwierdzeniami. Niektórzy uważają, że zmusiłem syna, by realizował moje ambicje, a on, zamiast się bawić, jest wożony na turnieje po całym świecie. Co mam powiedzieć? Było to trudne i musiałem się na to uodpornić. Zwłaszcza że prawda jest zupełnie inna.
Jaka?
Gdyby to ode mnie zależało, wolałbym, żeby Michał realizował się w tenisie stołowym czy siatkówce, czyli sportach, które sam uprawiałem. On od dziecka był jednak zakochany w snookerze, a największą karą był dla niego… brak treningu. Czasami można było odnieść wrażenie, że nie ma dla niego większej życiowej tragedii. Wraz z żoną musieliśmy to zaakceptować, a nasza rodzina podporządkowała się jego pasji, by mógł się w tym rozwijać.
Nigdy nie próbował pan wymóc na synu, by mimo wszystko bardziej skupiał się na nauce niż sporcie?
Próbowałem dawkować mu sport, ale szybko zorientowałem się, że to bez sensu. Widziałem, że ma talent, a swoją rolę jako ojca widzę właśnie we wspieraniu swojego dziecka. Teraz problemem jest to, by nie ucierpiała na tym nasza rodzina.
Dlaczego?
W poprzednim roku połowę czasu spędziliśmy z Michałem poza domem, a połowę na turniejach i sparingach w innych krajach, a w tym roku jeszcze więcej czasu spędzimy w rozjazdach. Żona z córką z kolei zostają w domu. Musimy myśleć o tym, by znów być rodziną, a nie dwoma duetami.
Od roku jeździcie na najważniejsze turnieje na świecie. Jak inni zawodnicy traktują duet 15-latka z ojcem, który pełni rolę trenera, mimo iż nigdy nie grał na wysokim poziomie w snookera?
Nastawienie środowiska do nas zmieniło się bardzo szybko. Oczywiście początkowo zawodnicy traktowali nas z rezerwą i delikatnym lekceważeniem, ale to już przeszłość. Miałem satysfakcję, gdy widziałem, że przed meczem z nami były mistrz świata Neil Robertson nie był zadowolony z losowania i faktycznie obawiał się pojedynku. Zawodnicy znają już Michała i szybko nabrali do niego respektu. Część z nich panicznie boi się przegrać z... dzieckiem. Zresztą, jako pierwszy talent Michała dostrzegł Marc Williams, czyli trzykrotny mistrz świata. Obserwował go z boku na jednym z turniejów i wyraził swój podziw.
Jak to się stało, że został pan trenerem syna?
Siedem, osiem lat temu chodziłem towarzysko na snookera z przyjacielem, a także oglądałem zawody w telewizji. To właśnie wtedy Michał zobaczył tę dyscyplinę i poprosił, bym pozwolił mu zagrać choćby jedną partię. Miał siedem lat i żeby dosięgnąć do stołu, stawialiśmy mu plastikowy stołek. Od pierwszej partii zakochał się w tej dyscyplinie, a ja siłą rzeczy musiałem spełniać jego życzenia.
Nie mógł pan wynająć trenera?
Za dwudniowe konsultacje z czołowymi trenerami świata trzeba zapłacić nawet 15 tysięcy złotych. W Polsce trenerów snookera jest bardzo mało i są trudno dostępni. Siłą rzeczy musiałem więc przejąć opiekę nad synem i sam zdobywałem wiedzę pod okiem innych trenerów, jak choćby byłego trenera polskiej kadry juniorów. Wychodzę z założenia, że nikt nie będzie znał lepiej syna niż ja, dlatego wziąłem na siebie tę odpowiedzialność. Wcześniej byłem przedsiębiorcą, ale rzuciłem to i dziś jeżdżę z nim po turniejach na całym świecie.
Jak z przedsiębiorcy luźno związanego ze sportem można stać się trenerem zawodnika walczącego o udział w ścisłej czołówce mistrzostw świata?
Tylko przez praktykę. Oglądałem sporo snookera w telewizji i podpatrywałem syna. Na bieżąco poprawiałem u niego pewne elementy. Na rynku nie ma praktycznie żadnych gotowych publikacji do szkolenia się jako trener. Ostatecznie zdałem jednak egzamin i dziś jestem wykwalifikowanym trenerem.
Czy Michał ze swoich nagród jest już w stanie utrzymać całą waszą rodzinę?
Do tej pory najwyższą nagrodą było 10 tysięcy funtów za trzecią rundę kwalifikacji do mistrzostw świata, wywalczone w ubiegłym tygodniu. Niech nikogo jednak nie zwiedzie ta suma. Mówimy o kwocie brutto, a w czasie turnieju wszystko musieliśmy opłacić z własnej kieszeni. Na razie zarobki oraz wsparcie sponsorów wystarczają na to, by nie musieć dokładać do gry z własnej kieszeni. W końcu mamy jednak ten komfort, że możemy jechać na wiele turniejów, bo jeszcze niedawno i to było problemem. Ciągle jednak mam nadzieję, że niedługo gra w snookera zacznie przynosić dochody.
Jesteście gotowi na pełne zawodowstwo?
Robimy wszystko, co inni najlepsi zawodnicy na świecie. Kilkukrotnie byliśmy w Wielkiej Brytanii na sparingach z czołowymi snookerzystami. Lecimy tam na kilka dni, by Michał mógł zagrać z bardziej doświadczonymi od siebie. Widzę, że każdy taki wyjazd dużo mu daje. Dzisiaj Michał gra w snookera średnio sześć godzin dziennie.
A gdzie czas na naukę?
Jakiś czas temu przeszliśmy na nauczania domowe. Właśnie wróciliśmy z mistrzostw świata i najbliższe tygodnie to będzie czas na zaliczenie wszystkich egzaminów, by w kolejnej części sezonu skupić się na snookerze. Mamy ambitne plany. W zeszłym roku dwukrotnie byliśmy w Chinach, a teraz w kalendarzu jest tam chyba aż pięć turniejów, w których możemy wystąpić.
15-latek jest już gotowy, by nawiązać walkę z najlepszymi na świecie?
Myślę, że Michał już udowodnił wszystkim, że jest gotowy na takie wyzwania. Teraz dotarł do trzeciej rundy kwalifikacji, a widzę, że najlepsi na świecie podchodzą do starć z nim z dużym respektem. Nie jest wygodnym rywalem, bo nie boi się podejmować dużego ryzyka, którego obawiają się starsi zawodnicy. On nie kalkuluje i nie boi się błędów. Ma swój styl i cały czas go rozwija.
Kiedy pierwszy raz zdał sobie pan sprawę, że syn ma wyjątkowy talent?
Tak naprawdę bardzo szybko, bo gdy graliśmy w tenisa stołowego, widziałem, że ma niesamowite panowanie nad siłą uderzenia i wyczucie rakietki. To wszystko znakomicie sprawdza się w snookerze. Właściwie już po roku treningów snookerowych wiedzieliśmy, że mamy już wszystko, by zrobić kolejny krok w stronę profesjonalnej kariery. A przecież Michał miał wtedy zaledwie osiem lat.
Czy nie obawia się pan, że niedługo przyjdzie bunt nastolatka i Michałowi po prostu znudzi się snooker?
Takie rozważania nie mają kompletnie sensu, bo są totalnie teoretyczne. On po prostu kocha to, co robi, i widzę, że jest szczęśliwy. On sam zdaje sobie sprawę, że jeśli wszystko dobrze się ułoży, to znalazł sobie pasję i sposób na życie na najbliższe 40 lat. Ja zostałem trenerem, a moja małżonka jest snookerowym sędzią. Uznaliśmy, że skoro to pasja naszego syna, to my też powinniśmy w tym uczestniczyć. Żałuję tylko jednej sprawy.
Jakiej?
Przez obowiązki związane z grą Michała, a także organizacją kolejnych wyjazdów, po raz pierwszy w życiu przestałem uprawiać sport. Dawno nie grałem w siatkówkę czy tenisa stołowego. Muszę do tego wrócić choćby z powodów zdrowotnych i dla lepszego samopoczucia.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty